Lipiec 2017
P W Ś C P S N
« cze   sie »
 12
3456789
10111213141516
17181920212223
24252627282930
31  

http://agatkaboj.blogspot.com/

Moi goście

  • Wszystkich wizyt: 8831
  • Dzisiaj wizyt: 4
  • Wszystkich komentarzy: 262

Miesięczne Archiwa: Lipiec 2017

13.06.2017-13.07.2017- najtrudniejszy miesiąc mojego życia

Tak…Wszystko zaczęło się 13 czerwca gdy dostałam tę cholerną kartkę z niby konsultacji chirurgicznej, że zdiagnozowano szkliwiak lub torbiel…

Pierwszy był strach, potem przerażenie, potem bunt, potem chyba dopiero walka, że nie mogę się poddać.

Ile razy upadłam? Wiele…

Gdy słyszałam reklamę profilaktyki nowotworów, lub nawet suplementu diety wzmacniającego kości robiło mi się słabo.

Gdy patrzyłam na moje dzieci czułam,że muszę je teraz jak najszybciej nauczyć samodzielności, bo nie wiadomo kiedy…

Gdy mijałam innych ludzi obserwowałam ich i myślałam, że są bardzo szczęśliwi, bo są zdrowi.

Moja modlitwa stawała się czasem krzykiem niemocy a czasem szeptem: bądź wola Twoja… wiem,że modliło się za mnie wiele osób, czułam to, tak po prostu.

13.07.2017- jadę na zdjęcie szwów. Pada. Strasznie deszczowy ten lipiec… dzieci zostały z babcią, tak lepiej.

Olsztyn. Ulica Warszawska. Drugie piętro Uniwersyteckiego Szpitala Klinicznego.  Oddział chirurgia szczękowo-twarzowa. Nie wiem jakie już mam emocje. Wiem,że chciałabym by były już wyniki.

Pani pielęgniarka woła mnie do gabinetu. Młoda pani lekarz zdejmuje mi szwy, mówi, że wszystko się dobrze goi.

Pytam o wyniki. Idzie sprawdzić. Nagle do pokoju wpada profesor, za nim inna pani doktor, za nią następna. Chcą też zajrzeć do buzi, każdy chce coś powiedzieć… i nagle słowa: skończyło się to dla pani najlepiej jak mogło. Wyniki pokazały, że były to dwa torbiele, niezależne od siebie, które na siebie się nałożyły dając taką zmianę. W badanym materiale nie znaleziono utkania nowotworu zębopochodnego. Materiał w poprzednim badaniu w powiązaniu z obecnym obrazem również za tym przemawia. Zauważony wówczas bardzo drobny fragment nabłonka przypominającego zgniecione ameloblasty, należy traktować jako epizodyczny.

Łzy… i nie wiem co mam im powiedzieć… dochodzi to do mnie jak coś niemożliwego.! Byłam przygotowana na wszystko, ale nie na to! Boże uczyniłeś to o co prosiłam!!! Boże jesteś wielki!!!

Potem rozmawia ze mną jeszcze ordynator, mówi, że dzwonił sam do tego profesora który robił wynik histopatologiczny, że potwierdza to co napisał i sam też był mile zdziwiony.

Zjeżdżałam z drugiego piętra ze łzami w oczach, mogłam zjeżdżać ze łzami bólu, zjeżdżałam ze łzami szczęścia.

Czuję się tak jakbym odzyskała życie. Choć teraz jeszcze bardziej je doceniam i wiem,że wcale nie musi ono trwać jeszcze kilkadziesiąt lat, że jest kruche, że jest chwilą z której trzeba czerpać jak najwięcej.

To był trudny czas. Trochę też jak wtedy gdy urodziła się Karolinka i walczyła o swoje życie.

Mam wrażenie,że chyba już wiem jak czują się pacjenci po diagnozie nowotworu, bo tak czułam się przez ten miesiąc, miesiąc wyjęty z normalnego życia. To bardzo trudne.

Kiedyś oglądałam film „Tańcząc w ciemnościach” z Bjork, była niewidoma, skazana na śmierć przez powieszenie. Gdy nadszedł dzień egzekucji miała tak ogromną świadomość, że idzie na śmierć, że trudno jej było iść. Zagrała tę scenę tak rewelacyjnie, że nie da się jej oglądać bez ściśniętego gardła. Tak czułam się przez ten miesiąc, każdy krok bolał, był trudny, tyle, że moja lina puściła… Spadłam i żyję. Dziękuję Ci Boże za to życie.

w domu

W poniedzialek po sniadaniu lekarz orzekł,że wreszcie mogę wrócić do domu.
M. pewnie jechał z prędkością światła…
Zalecenia: uważać na siebie, odpoczywać jak najwięcej, nie jeść nic twardego, myc zęby po każdym posiłku, nie dźwigać. To tak ogólnie.
W czwartek zdjęcie szwów,więc jutro znów Olsztyn.
W domu czekały na mnie moje ślicznotki. Tuleniu nie było końca. Tak jest dobrze.
Wakacje…na razie chyba z wyjazdu nic nie wyjdzie,bo nie dość,że ja to jeszcze Karolinka narzeka na gardło…
Ciągle coś się dzieje,ciągle jakby ktoś się ze mnie śmiał,że mogę cokolwiek zaplanować. Ciągle gdzieś coś wyskakuje,coś co nie pozwala do końca na chwilę wyłączyć tego sygnału gdzieś z tyłu głowy.
Jutro zdjęcie szwów,może będą wyniki.
Nie mam już chyba nawet sił myśleć ani pozytywnie ani negatywnie.
Przyjmuję każdy dzień taki jaki jest i wykradam spojrzenia, uśmiechy, zmartwienia, troski, całą codzienność moich dzieci i M. Wykradam zachłannie i dziękuję za każdą chwile.

Olsztyn

Późno już. Powinnam zasnąć ale powieki nie chcą snu. Oczy patrzą na oświetlone miasto,które przy sobocie pewnie tętni życiem. Tętni. Życiem. Ładnie to brzmi. Lubię to miasto. Przyjeżdżałam tu jeszcze jako nastolatka do starszego brata. Potem studia i mega cudowne wspomnienia. Potem szpital dziecięcy gdzie drżeliśmy o życie i zdrowie małej Pomarańczki. Teraz wracam sama… Zamykam oczy i ide po starówce,niewielkiej,ale znam tam kazdy kąt. Nie raz tu wpadamy gdy możemy,choc też nie często bo czasu wciąż brak… Niebo dzis granatowe a nad nim łuna,ciekawe czy bym lubiła na nowo ten zgiełk,ale myślę,że tak. Myślę sobie o tym co było, o tym co jest, o tym co będzie. Czsem bym się chciała stad wymmnąć i pójść na spacer,czasem bym chciala pojsc z M. na jakąś potańcówkę,czasem bym chciała poczuć w dloniach małe rączki i pokazać im te miejsca. Minęła sobota. Jutro przyjedzie M. z dziewczynkami, nareszcie je utulę. Patrzę na miasto i myślę sobie czy jeszcze coś noszę w sobie czy było tylko to co usunęli i teraz mam chwilę „czystego” organizmu?

Świat znów się podzielił na przed i po.

Olsztyn kocham moją małą Amerykę.

Czekanie jest wiekim sprawdzianem cierpliwości

Dziwne uczucia są w moim sercu. Czasem spokój taki,że sama nie wiem dlaczego, a czasem wdziera się strach,że niby już po wszystkim a jednak wciąż nic nie wiadomo.

Dziś się okazało,że jednak nie wyjdę jutro do domu. Rana w buzi duża,chcą mieć pod kontrolą. Popłynęły łzy… Chcę do moich jasnowlosych coreczek. Chcę się w nie wtulić i zapomnieć na chwilę. Chcę, bo mam wrażenie,że walczę teraz o każdy czas z nimi,każde ich spojrzenie,każdy śmiech,każdą łzę łapię i zamykam w sercu.

Nie wiem jak to zrobiłam,ale automatycznie wyłączyłam myślenie o przyszłości, o tym co można byłoby wyremontować,co kupić,co bym chciała robić za 2 miesiące.

Czas…stał sie wielką abstrakcją. Oczywiście marzy mi się zebysmy w tym roku,choć na parę dni się gdzieś wyrwali,ale boję się,ze jak przyjdą wyniki to nie będę umiała oddychać.

Co mam zrobić dalej? Czy im mówić cokolwiek czy nie….

Patrzę na ich beztroskie uśmiechy i boli,boli bardziej niż ta cholerna rana…

Szpital

Już po. Operacja zgodnie z planem odbyła się wczoraj. Mam wielką rane w buzi,nie mam dwoch zębów,nerwu czucia no i zmiany która została cała usunięta.
Najbardziej się rozkleilam gdy weszłam na oddział w poniedziałek. Potem juz sie wzięłam w garść.
Trudno mi jeszcze pogodzić się z tym,że to wcale nie koniec,że wszystko zależy od wyników.
Wiem,ze wszystko bedzie w swoim czasie,ale flustryjaca jest ta niewiedza.
Dzis Karolinka ma imieniny. Koleżanka zabiera je na noc do siebie bo i M.dzis w pracy.
Tęsknię do nich. Bardzo bym chciała byc za rok razem z nimi.

karty nie do końca odkryte-czyli po diagnozie

materiał stanowią liczne fragmenty ropnego, przewlekłego zapalenia i nabłonka paraepidermoidalnego, ogniska uwapnienia oraz rozległe włóknienie. Ponadto widoczny jest fragment z nabłonkiem ameloblastycznym otoczonym tkanką łączną włóknistą co w tym miejscu odpowiada ‚fibroma ameloblasticum’. Nie ma jednak pewności czy ten drobny fragment jest reprezentatywny dla całej zmiany i czy upoważnia do rozpoznania nowotworu zębopochodnego. Wskazanie jest również podanie bardziej szczegółowych badań klinicznych, zwłaszcza obrazowych.

To tyle…

Możliwe,że to włókniak,ale może być szkliwiak bądź jeszcze coś innego. Co wylosowałam? Nie wiem.

W poniedziałek jadę do szpitala. Na skierowaniu napis:

Rozpoznanie: nowotwór o nieokreślonym charakterze (kości i chrząstki stawowej)

We wtorek operacja. Będą usuwać mi całą zmianę, stracę dwa zęby, możliwe też,że nerw w policzku…

Wszystko to będzie wysłane na kolejne badania, co chyba już teraz określi co to za cholerstwo…

W czwartek przyjęłam to wszystko spokojnie, trochę łez,ale starałam się myśleć pozytywnie.

Wczoraj…wszystko wytrącało mnie z równowagi, kłóciłam się z M. na każdym kroku.

Dziś M. w pracy, nie gadamy ze sobą… :( tzn. tak pobieżnie tylko. Jestem z dziewczynkami, to dobrze mi robi choć mam wrażenie strasznego rozkojarzenia…

Czasem mam wrażenie,że to jednak ciągle zły sen…

Swój spokój odnajduję w modlitwie. Staram się trzymać Go mocno za rękę i prosić jak małe dziecko o żelka o to by wszystko się ułożyło.